wtorek, 22 maja 2012
Azyl.
Każdemu należy się takie miejsce. Miejsce gdzie czujemy się kochani. Akceptowani. Gdzie nie ma słowa – jak ty wyglądasz. Gdzie nikt nie suszy nam głowy o rozgardiasz na stole. Gdzie wstaje się budzonym ciepłym słowem a nie krzykiem czy widokiem odwróconych pleców. Gdzie zasypia się wdychając z kimś te same cząsteczki powietrza a nie dusi się sobą wzajemnie. Miejsce, do którego nie zagląda głód, któremu dalekie jest nieporozumienie i wątpliwości. W takim azylu wszystko jest na swoim miejscu a nawet jeśli nastąpi chaos to jest on nieodłącznym elementem, czasem pożądanym, wyczekanym, odpowiednim. I ja taki tworzę…. Powoli : )
Ja.
Gdybym miała napisać życiorys, rzecz jasna swój, to w zasadzie od czego zacząć ? Że niby urodziłam się tego i tego dnia miesiąca w takim a nie innym miejscu ? standardowo i schematycznie działać ? Życiorys to wyzwanie i jeśli jest choć jeden ludź co to by chciał poczytać to pewnie się na to skuszę, na razie to spontaniczna myśl ….. ps. Chyba jednak lubię być w centrum uwagi :P
poniedziałek, 21 maja 2012
Codziennie plecak pełen całkiem nowych wzruszeń
Cholera emocjonalny ze mnie stwór. Jest mnie w stanie równie szybko coś wzruszyć jak i wyprowadzić z równowagi. Idąc tym tropem, po prostu u mnie co w sercu i to na gębie. Nie udałoby mi się nic zataić czy skryć bo wszystko się maluje w tych zielonych ślepiach. Wszystko ciśnie od razu do gęby, która się musi wygadać i nie sposób ujarzmić rozedrganych od słów ust. Jak to nuci pan Staszewski - Codziennie plecak pełen całkiem nowych wzruszeń. I dokładnie tak to jest. Coś co jakiś czas temu wywołałoby we mnie łzy, dziś przyprawia o śmiech i odwrotnie. Przykład ? Kiedyś nie rozumiałam, że facet nawet jeśli milczy, nawet jeśli nie zadzwoni to nie oznacza, że przestałam dla niego istnieć. To nie oznacza, że jest w innych ramionach albo leży upity na ławce w parku. Kiedyś byłam pewna, że jego cisza oznacza coś złowrogiego dla mnie. Dziś – jest inaczej. W końcu 29 przeżytych lat zobowiązuje prawda ? Kiedyś nie sposób było mnie zatrzymać przy sobie i choć od zawsze nauczona lojalności i wierności …. Uwielbiałam być outsaiderką. Niebo pobyć sama, w ukryciu, najlepiej by nikt nie wiedział co robię i gdzie. Teraz jestem kobietą, która nie wyobraża sobie narazić kogoś bliskiego na niepewność, na to by nie wiedział co się ze mną dzieje. Ludzie się zmieniają, dojrzewają, tak samo jak emocje jakie w sobie noszą. I choć każdy dzień niesie całkiem to inny ich pakiet, choć plecak który niosę z dnia na dzień staje się większym to nie oznacza, że jest coraz cięższym : )
Wielokąt.
Układy międzyludzkie są niczym figury geometryczne. Bywają przykładowe rodziny w formie kwadratów, bywają dziwne i niezrozumiałe dla mnie trójkąty, są też różne rodzaje wielokątów … Na jednym wierzchołku on i ja, na innym były mąż czy była żona, na innym dzieci … gdzieś kochankowie :P Nigdy nie chciałabym dzielić się miłością, mężczyzną z inną kobietą. Co innego dzieci, nawet jeśli ma je z kimś innym, nawet jeśli poświęca nasz wolny czas by je odwiedzić to byłoby to dla mnie cieszące. Byłaby to oznaka, że jest dobrym tatą, prawda ? Kobieta nigdy nie powinna walczyć, być zaborcza o takie małe stworzenia, bo przecież nigdy nie wygra z ojcowską siłą miłości. Jeśli kobieta jest logiczna i kocha faceta to nawet nie będzie próbowała działań odsuwających go od maluchów. Ja bym taka była, jestem pewna. Byłabym wtedy mobilizatorem, ostoja jego. Pewnie życie by zweryfikowało moje słowa, ale patrząc na siebie, jestem pewna, że tak właśnie bym postępowała.
czwartek, 17 maja 2012
Part 3.
Teraz jestem ja i jest szczęście. Ma kolor niebieskich oczu : ) Ma cudowny uśmiech o poranku unosząc zaspane oczy znad poduszki : ) Ma ciepły oddech wieczorem kiedy wpatruje się we mnie śpiącą, a ja zasypiam spokojna, nie bojąc się, że nagle zniknie bez słowa. To szczęście nie kroczy z wypiętą piersią niczym Adonis po ulicach, tylko skocznie i żółwim tempem idzie spoglądając na mnie zaczepnie. To szczęście nie odtrąca, nie odrzuca, nie wstydzi się. Ma w sobie ciepło i urok, ma w sobie męskość i namiętność, ma w sobie pierwiastek gaduły a jednocześnie potrafi słuchać. To szczęście potrafi zaskoczyć mnie wieczorną herbatą i podać w nocy szklankę wody spragnionej istocie, a na widok śniadania na stole ma rozmarzone i rozpływające się oczy. To szczęście potrafi garściami czerpać ze mnie ale i oddawać ze zdwojoną siłą siebie. Do trzech razy sztuka ? tego nie wie nikt, ale tylko ja wiem jak się teraz czuję, jak się czuję przy szczęściu, które mnie muska co dnia. Tylko ja wiem czy jest to „coś” czego zawsze mi brakowało, do czego bezwiednie dążyłam a co nagle, znikąd mnie dopadło. I to jest najpiękniejsze, że nie było ani wyszukiwane, ani upolowane, stanęło na mej drodze przypadkiem, w miejscu co najmniej dziwnym, w chwili niespodziewanej. I może to, że zjawiło się nagle sprawiło, że jest prawdziwym, że jest odpowiednim, bo nie wyczekanym tylko wpadającym na mnie w naturalnym splocie losu… Pożyjemy …. I oby tym razem moja czterolistna koniczyna na dwóch nogach mnie nie opuściła : )
Part 2.
Potem chyba ratując się, nieco chcąc ustabilizować emocje przy kimś oddałam się w ręce Jego. Też minęło …. Bo w końcu do trzech razy sztuka mam nadzieję. Tu też potok kadrów przelewa się pod powiekami, a raczej przewija. Jakkolwiek tamte kadry wywołują bicie serca szybsze, pewnie ze strachu … tak te widoki są pełne hmm sympatii ale i obojętności. Jeśli ktokolwiek potrafi we mnie wyzwolić obojętność to należy mu się pomnik, albo co najmniej dyplom. Ja cholera emocji mam w nadmiarze, niektórzy śmieją się, że chyba obdarować mogę nimi spory tłum ludzi a jednak … Jednak Jemu udało się doprowadzić, że na mojej buzi malował się uśmiech, ale był to uśmiech prowizoryczny, pusty, niemy. Uśmiech nie wyrażający nic, a czemu ? bo nie było między nami więzi, nawet tej chorej i zaborczej, nie było nic. Wpadliśmy na siebie w celu chyba regeneracji, on po ciężkim życiu w rozbitej rodzinie, dla zapełnienia pustki jaka pozostała po tym co niby nazywa się bliski, a ja … po wcześniejszej dziwacznej codzienności. I choć obojętność była pewnie od początku to cisza, spokój, brak walk i krzyków spowodował, że chciałam przy nim trwać. Dobry kumpel powiedział mi, że to był doskonały regenerator, idealny sposób na odbudowę siebie. Nie byłam tego świadoma, ale teraz wiem, że miał rację. Czy to wykorzystanie kogoś jeśli nie jest świadomym ? Naprawdę świadoma nie byłam… w zasadzie dostrzegłam tą naszą obcość dopiero w chwili gdy moje życie lekko zamarło. Kiedy najważniejszy człowiek, czyli babcia, potrzebowała mnie a ja potrzebowałam jego, potrzebowałam wsparcia, chwili rozmowy, małego buziaka, przytulenia w milczeniu a co dostawałam ? Nic … Stos naczyń w domu, głośną muzykę kiedy wracałam i w zasadzie tyle. Musiałam radzić sobie sama z emocjami, z codziennością i dałam radę. Wtedy zaczęło we mnie kiełkować, że dość, że nie na tym miłość polega, nie dlatego jesteś z kimś by twoje emocje odbijały się od niego, od muru jakim się ode mnie odgradza, nie takiego człowieka chcę całe życie spotykać wieczorem pod moją kołdrą, nie taki człowiek będzie budzony przeze mnie cichym szeptem… A, że u mnie od myśli do czyny blisko więc teraz tamte losy mam za sobą. Obojętność to jedno, a zdrada to drugie ale o tym pisać nie chcę bo to tylko poboczny aspekt zamknięcia tamtych rozdziałów życia.
Part 1.
Jak tak patrzę na ludzi wkoło i na siebie to cholera trochę się przeszło mając te 29 lat raptem. I coraz częściej mam wrażenie jakby to wszystko mi się śniło, jakby moje życie w zasadzie przemknęło obok mnie, a ja żyję jakimiś obserwacjami tłumu krążącego wkoło. No bo to za dużo zdarzeń jak na jedną istotkę… Ale jednak nie. To moje życie, złożone z tysięcy dni, z setek wylanych łez, z miliona uśmiechów. To moje stópki obeszły ten świat drogami dzikim, czasem wciągającymi niczym bagno, czasem palącymi niczym żar ogniska, czasem śliskimi jak lodowisko a czasem mile muskającym mnie niczym podróż po dywanie z płatków róż. I nie chcę tu się użalać, po prostu sobie tak gdybam nad sobą i nad tym, że mój mózg ciężko ogarnia to wszystko co było. W sumie, z jednej strony został we mnie na pewno jakiś cierń tamtych dni, ale czy ja wiem czy on jest uciążliwy ? W zasadzie bardziej wywołuje to wszystko we mnie uśmiech, a może to po prostu radość, że się skończyło ? Czasem jak sobie przypomnę takie pojedyncze kadry to … włos się jeży do czego człowiek był zdolny, co człowiek musiał przejść i jak się zachować by nie pociągnęło za sobą to czyjegoś buta lądującego na moich plecach albo siarczystego śmiechu ironii łamiącego serce. Pamiętam te ucieczki z domu z Nim, z człowiekiem doprowadzającym moją mamę do szału, człowiekiem który potrafił unieść rękę nie tylko na mnie ale i na nią, kiedy to musiałam stać między nimi i zbierać okładanie z obu stron, dostawać pięściami niczym obuchem. I chyba bardziej od siniaków bolało to, że dwoje bliskich mi wtedy ludzi się nienawidzi, że musząc wybrać stronę jednego z nich doprowadzam do sytuacji kiedy drugie czuje się zdradzone. Tamte czasy minęły, wiem, ale każdy cios, każdy siniak, każda szrama na moim ciele odbiło się echem na mojej duszy, na szczęście nie na sercu … Nie stałam się kobietą z kamienia (jak chyba widać), nie stałam się też zamkniętą w sobie wystraszoną kobitką, co to nie zaufa, nie uwierzy, jest uwięziona w swoim własnym umyśle i świecie. Tamto życie to była ciągła ucieczka, ciągłe dostosowywanie się, by tylko nie wprowadzić jego w zły nastrój, chodzenie jak w przysłowiowym zegarku …. I tak długo wytrzymałam. Ale znów się powtórzę – chory związek to był, nawet nie mogę nazwać tego miłością bo z perspektywy czasu nie w tym kierunku to podążało – ale na pewno była pewna więź, która nie kipiała obojętnością, a wręcz przeciwnie. Była chorą zaborczością i zamknięciem w matni przynależności, w domowym więzieniu, w zniewoleniu umysłu. Minęło – uffff.
Niecierpliwość…
To jedna z moich największych wad. I choć staram się ją ujarzmiać, staram się panować nad deficytem cierpliwości to jednak … Oczywiście zmieniać się nie zamierzam bo pewnie jakiś urok mojej osoby polega na tym, że działam pod wpływem impulsu, że u mnie nie ma zastojów, analiz nazbyt wygórowanych, ja myślę – mówię – robię. Taki ciąg we mnie się wykształcił. No i tak oto czasami życie nakazuje mi oczekiwać… Jak ja tego nie znoszę :P Wtedy zwykle mi się przypomina tekst piosenki „czekasz na tę jedną chwilę, serce jak szalone bije…”. Na co czekam teraz ? Na sprawy błahe. Na telefon, na wiadomość, na słowa płynące wprost do mnie z najbardziej skrytych zakamarków duszy czyjejś, na słonko świecące i grzejące… Jak wiadomo czekanie uszlachetnia a więc w imię tego ujarzmiam tę mą niecierpliwość i staram się nie być gderającą i naprzykrzającą się babą. Tyle, że czasem ….. sama z siebie się śmieję walcząc z sobą. Ale dam radę, w końcu jestem małym „fajter” :P
środa, 16 maja 2012
Rodzina …
Jestem cholernie rodzinnych ludkiem. Co prawda żyjąc bez taty, dziadka, rodzeństwa nie miałam za wiele osób, z którymi łączyły mnie więzy krwi, ale jednak.. Rok temu odeszła babcia… Rozstałam się kiedyś tam z kimś kogo nazywałam Małżonkiem. Teraz hmm. W zasadzie została mi tylko mama, a z nią – bywa różnie. Natomiast od zawsze byłam człowieczkiem, który lubi te cholerne zjazdy rodzinne, który uwielbia święta, podczas których spotyka się mała zgraja ludzi mających wspólne drzewo genealogiczne. W naszym przypadku drzewko :P Chciałabym kiedyś mieć znowu rodzinę. Taką, gdzie to Kobieta dba o ciepło domowe, kiedy o poranku zjada się razem śniadanie, a obiad jest chwilą spotkania przy stole. Taką gdzie Dwoje ludzi kocha się miłością prawdziwą i mając wspólne cele idzie z uśmiechem do przodu. Gdzie są dzieci, pies skacze wesoło wkoło, dom pachnie ich skórą i oddechami. Marzy mi się, ale …. Nigdy nie mówię nigdy, ale patrząc na to co jest teraz – nie sądzę by kiedykolwiek mnie to spotkało. Każdy ma swoją szansę w życiu, czasem niektórzy jej nie wykorzystują lub niweczą i chyba tak było ze mną. Raz mój świat upadł i rozsypał się na cząstki, wtedy świat wyglądał jakby niebo pękło na miliardy niepoliczalnych cząstek… Potem mój świat ot tak prysł, przestał istnieć, prawie niezauważalnie przeszli wszyscy wraz ze mną nad tym do porządku dziennego. A teraz …. Teraz dryfuję. Marząc, żyjąc dniem codziennym, ciesząc się tym co mam, a jednak …. Marząc.
wtorek, 15 maja 2012
C o ś
"Zgorzkniałem, schłodniałem... spadłem w otchłań przytłumionych emocji gdzie przypływem ukazanych uczuć reaguję szczękiem kości, uśmiechem! poddając się.... Nieprzerwanym tunelem mdłości, gdzie pasja nie jest zbawieniem lecz radością, która daje mi czas czas który daje nadzieje, na odnalezienie miłości"
|
|